Wrócę teraz do opisu wycieczek. W niedzielę wyjechaliśmy na marche (rynek) w pobliskim Chagny. Było bardzo fajnie. Jak sobie przypomnę o 30 korytkach z oliwkami, każde ma inne kolory, smaki, wygląd, z pestką, bez, itp. Warte wspomnienia jest też to, że było tam praktycznie wszystko, od ubrań po koszyki. Mnie się spodobała kiełbasa, sery, a także gołąbki i przepiórki. Największą sensacją był jednak słynny kurczak z Bresse, mający nawet certyfikat jakości i sprzedawany z głową. gdy się nieco tam zatrzymałem, nawet widzialem, jak sprzedawca ucinał głowę jednemu.
Wróciliśmy potem do Dezize i przezliśmy się po tej wioseczce, w której mieszkają w sumie właściciele winnic.Po szybkim lunchu pojechaliśmy do Autun (czyt. Otę). Było to starozytne miasto rzymskie, w pobliżu były pozostałości po wiosce galijskiej i siedzibie wodza Wercyngetoryksa. Jako, iż uwielbiam historię, była to duża frajda dla mnie. Pozostałości teatru rzymskiego, świątyni boga Janusa, a także brama, zrobiły duże wrażenie. Żałowałem jedynie, iż nie mogłem zobaczyć Augustodunum-widowiska gallo-rzymskiego. Po tym wszystkim wrociliśmy do siebie. Następnego dnia pojechaliśmy do Beaune (czyt. Bon), gdzie zobaczyłem xiv-wieczne hale, a także Hotel Dieu- szpital dla biednych chorych w czasie zarazy w XV w. W czasie obiadu- Francuzi od godz. 12-14 mają ustawową przerwę obiadową. W tym czasie zamykane są sklepy, urzędy i miejsca pracy, ludzie wchodzą do brasserie, albo wracają do domów, żeby coś zjeść. Ja sobie wziąłem salade de Bourgignone, w której były wszystkie specjały kulinarne Burgundii. Zawsze jak jedziemy do Francji, zamawiamy lokalne specjały. Z tego wszystkiego najciekawsze były escargots- ślimaki. Podawane z muszelkami, specjalnymi szczypcami i specjalnym widelcem. Sztuka jedzenia ślimaków polega na przytrzymaniu skorupy i wyjęciu ze środka ślimaka, podawanego ze specjalnym sosem, któremu zawdzięcza swój smak. Według mnie było to bardzo dobre.
Następnego dnia pojechaliśmy do Cluny. Było tam potężne opactwo w średniowiecznej europie, mające duże znaczenie. Opatem był Hildebrandt, który później zotał wybrany na papieża i przyjął imię Grzegorz VII. To własnie w Cluny narodziła się reforma kluniacka wg surowej dyscypliny św. Benedykta. Opactwo ma długa historię, od X do XIX w., kiedy popadło w ruinę. Hugenoci też zniszczyli wiele cennych ksią w XVI w., za czasów wojen religijnych, a początkiem końca była Rewolucja Francuska. Niestety, jeśli chodzi o zabytki, Rewolucja okazała się niszcząca. To, co teraz można zwiedzać to niestety głónie ruiny i pozostałości. Pokazywał też to krótki film, gdzie ukazano próbę rekonstrukcji bazyliki w Cluny. Była to bardzo potężna i wysoka budowla, porażająca ogromem. Swojego czasu był to drgi pod względem wielkości kościół po Bazylice św. Piotra w Rzymie!!! Trzeba było zadowolić się spojrzeniem w górę, gdyż zrekonstruowano część transeptu. Było tam 30 m wysokości, jeśli nie więcej. Po zwiedzeniu opactwa i spacerze po miasteczku, pojechaliśmy do słynnego Taize, miejsca commeaunnute (współnota). Zajrzeliśmy tylko tam, żeby zobaczyć, jak to wygląda. Wszystko wygląda bardzo prowizorycznie i prosto. Wspólna jadalnia, baraki do spania, kuchnia, gdzie pewnie są dyżury, a także modlitewnia, gdyż kościół to raczej nie jest. Ogromny ruch tam był i wszystkie języki świata mozna było usłyszeć. Miejsce to ma jednak swój specyficzny urok.
Następnego dnia popłynęliśmy barką po Canal de Bourgogne. ten kanał w sumie nie jest tak znany jak Canal du Midi w Langeudoc-Rousillon na południu Francji, wykorzystywany od około 15 lat, ale i tak było dobrze. Clou programu to ecluses (czyt. ekliz), czyli śluzy. W czasie dwugodzinnej podróży przepłóynęlismy przez 5 takich śluz. Było to bardzo ciekawe przeżycie, zwłaszcza, że można było z bliska zobaczyć, jak działają.
W czwartek pojechaliśmy do stolicy regionu, do Dijon (czyt. Diżą). Zwiedzaliśmy miasto, w którym atrakcje to:Pałac Książąt burgundzkich, Muzeum Sztuk Pieknych, Muzeum musztardy (musztarda to specjalność burgundzka, a zwłaszcza Dijon), a także katedrę Notre-Dame. Potem pojechaliśmy do Citeaux. Z powodu zmęczenia darowaliśmy sobie zwiedzanie klasztoru cystersów, z którego też niewiele zostało, ale za to kupiliśmy wyborny tamtejszy ser (chociaż Reblochon też był świetny).
W piatek jeszcze pojechaliśmy do Beaune, a w sobotę niestety z bólem serca musieliśmy wyjeżdżać z gite. Pojechalismy do hotelu Etap w Selestat, w Alzacji. Alzacja jest to naprawdę cudowna ziemia. jest tam dosłownie jak w bajce, nie da się niestety tego przelać na papier, nawet zdjęcia częściowo tylko pokaqzują, jak tam jest. Tam po prostu trzeba być. Już w sumie piaty raz tam bylismy. Po raz czwarty udalismy się do tej samej restauracji w Ribeauville, jak zawsze zamówiliśmy flamm (placek, podobny do pizzy, jesli chodzi o ogólny wygląd, ale jest strasznie płaski, zazwyczaj z serami, alzackimi oczywiście, boczkiem, cebulką- to są poddstawowe składniki tego dania, podawanego na desce. Było naprawdę smakowite.
W niedzielę pojechaliśmy na mszę w Neuf-Brisach. Zaraz po wyjściu trafiliśmy na święto miasta- pokaz wojsk z epoki napoleońskiej- Francuzów, a także Niemców i Austriaków w mundurach z epoki. oczywiście nie mogło zabraknąć Cesarza. Była jak i konnica, piechota, a nawet jedna armatka. Przedefilowali i udali się na plac. Tam się ustawili, dowódcy oddziałów złozyli raport generalicji i cesarzowi, potem strzelali z karabinów i z armaty. Było naprawdę świetnie! Potem pojechaliśmy do Freiburga na grób ciotki Zofii, wróciliśmy do Francji i odwiedziliśmy naszych przyjaciół z gite w Hunawihr (czyt. inawir), po czym wróciliśmy do hotelu.
Poniedziałek, to był nasz ostatni dzień we Francji. pojechaliśmy juz trzeci raz do miasta Gutenberga, katedry z jedną wieżą i specjalnym horloge (zegar), a przede wszystkim bardzo ważnym dla UE. Znajduje się tam Parlament Europejski, Europejski Trybunał Praw Człowieka, a także Rada Europy (nie mylić z Radą UE i Radą Europejską). Te miasto to oczywiście Strasbourg, czyli Strasburg (uzywana czasami u nas szkopska nazwa sztrasburg jest fałszywa). Trzeci raz już byłem w tym mieście. Mogę wspomnieć, iż maja doskonały system parkingowy. Zamiast wjeżdżac do centrum, przeklinać na ruch i głowić się nad miejscem do parkingu, na obrzeżach jest specjalny parking P+R Tram Elsau. Wygląda to tak: przyjeżdżasz tam, w budce dajesz 2,80 euro za cały dzień, a także dostajesz un ticket aller-retour. Bilet ten jest na tramwaj, w jedną i drugą stronę, czerwony dla kierowcy, żółty dla pasażera. Spokojnie sobie parkujesz, i idziesz na najbliższa stację tramwaju, nieopodal parkingu. Tam w specjalnym kasowniku kasujesz bilety stroną aller, czekasz na tramwaj (zazwyczaj przyjeżdżają co ok. 4-5 minut i spokojnie sobie jedziesz nowoczesnym, wygodnym, pieknym tramem do centrum miasta na przystanek Homme de fer (człowiek z żelaza). Wysiadasz, zwiedzasz, potem na przyustanek, kasujesz retour i jesteś. Trzeba tylko uważać na kiedunki tramwajów, a także na to, jakiej lini, gdyż jest ich 5 A-E. Z Elsau jadą B i C, przy czym do centrum jedzie C. Proste, skuteczne i szybkie. ot, pas de problemes. Zapomniałem wspomnieć, iż w dijon są specjalne małe, ale darmowe autobusiki, miejsc siedzących 10, które co 6 minut jadą po mieście. Oczywiście, trochę pospacerowalismy po mieście, zobaczylismy katedrę. Do Parlamentu już nie chodzilismy, bo to 2 km chodzenia w jedną stronę i nie było specjalnie czasu i ochoty, zwłaszcza, iż poprzednim razem byliśmy tam. Bardzo fajne miasto, prawdziwie europejskie, a jednocześnie stolica Alzacji, czyli elementy folkloru tez tam są w sklepikach. Niestety, musieliśmy wrócić do hotelu, żeby się spakować.
Rano szybko wpaliśmy do sklepu, potemk wsiąść w samochód, przejechać przez Ren, Łabę, Odrę, ponownie zatrzymac się w Słubicach i nastepnego dnia, czyli juz w środę, wrócić do Tczewa. Marzę, żeby znowu pojechać do Francji…