wyjazd do Francji

lipiec 6, 2009 - autor: mlandek

No i jak co roku znowu wyjechałem do Francji. Teraz wybór padł na region Nord- Pas- de- Calais. Standardowo, samochód przypominał tabor cygański, w którym niemla wszystko było. Najgorsze jest to pakowanie się. Wyjechaliśmy 26 czerwca. Standardowo, 5 godzin przedzierania się przez tzw. polskie drogi no i postój w znanym hotelu “Relax” w Słubicach. Następnego dnia wyruszyliśmy rano. I też standard- autostrady.  Najpierw niemieckie, potem belgijskie i francuskie. Niemieckie kible tak samo śmierdzące i zaniedbane. 

Dojechaliśmy wieczorem do naszej gite w Auchy-les-Orchies.  Jak nazwa wskazuje, bynajmniej znającemu francuskie realia czytelnikowi, jest to wieś. Całkiem fajna, nie powiem. No oczywiście cały piętrowy domek dla nas, stanadard taki sam jak w innych gitach, czyli dość dobry. Ponadto ogródek do dyspozycji. Było więc tak samo, jak podczas zeszłorocznej wyprawy do Burgundii. No i swoją drogą domek połozony nieopodal lotniska w Lille.  Tak więc dość często było widać i słychać samoloty lądujące bądź startujące. Fani samolotów byliby zadowoleni przebywając w tej okolicy. Pogoda nam dopisywała, było ciepło, a nawet gorąco- 30  stopni. Wieczorami, jak się nieco ochłodziło, przebywałem na zewnątrz. Jaka to rozkosz być na łonie natury, słuchac ptaków, podziwiać zachód słońca…. 

A teraz streszczę historię tego miejsca. Nord- Pas-de Calais ma ciekawą historię. Mista mają rodowód rzymski. Rzymianie bowiem zakładali obozy warowne. Potem w zasadzie przez ciemne wieki nic się specjalnie nie działo. W okresie średniowiecza te tereny (historyczna nazwa-  Artois) stały się centrum manufaktur, przemysłu. Rozwijało się sukiennictwo i tkaniny. Centrum stanowiło Arras. A propos, wawelskie “arrasy” nie pochodzą z Arras, ale z Brukseli. I jeszcze jeden mit historyczny obalony. Rozwijał się więc handel, a kupcy bogacili się. W XIV w. Artois stanie się krainą. o która rywalizowali Mahaut i Robert d’Artois, doskonale mi znani z “Krolów przeklętych”. Ta rywalizacja w pewnym stopniu przyczyniła się do wybuchu wojny stuletniej. Anglicy zajęli wtedy te terytotium, a miasto Calais mieli od 1347 aż do 1559 r. Później Artois, tak jak i sąsiednia Flandria wpadły w ręce hiszpaskich Habsburgów. Z tych czasów wywodzą się różne festiwale, do dziś obchodzone. Do Francji powróciły w latach 1661- 1667 przyłąćzone przez Króla Słońce. Od XVIII do XX wieku wydobywano tu węgiel, znajdujący sie w sporych ilościach. Osiedliło się tutaj sporo Polaków. Do dziś żyją ich potomkowie. O kopalniach napiszę szerzej  już niedługo. W czasie I wojny światowej przeszedł tutaj krwawy front zachodni, a na polach lała sie obficie krew. W czasie drugiej wojny ta ziemia widziała uciekające w nieładzie resztki armii brytyjskiej i francuskiej i ich dramatyczną ewakuację w Dunkierce. Niemcy tak jak wcześniej Napoleon, gromadzili swoje siły, gotowi do operacji “Lew morski”, kiedy to mieli zająć Wielką Brytanię. Z tych czasów zostało mnóstwo umocnień, fortyfikacji i rozmaitych bunkrów. Ponadto było to miejsce z ktorego miała być wystrzeliwana cudowna broń Hitlera- V1 i V2. Spodziewana inwazja Aliantów wylądowała jednak na plażach Normandii, a nie tutaj. Przy okazji polecam odcinek “Sensacji XX wieku” Bogusława Wołoszańskiego Pas-de- Calais, który doskonale przybliża nam te czasy. Po wojnie odbudowa zniszczeń no i powolne zamykanie kopalń. Ostatnią zamknięto w 1990 r. Tyle o historii. Prawda, że krótko? Teraz napiszę o zwiedzaniu.

 Przybyliśmy na miejsce, rozpakowaliśmy się, i zaczęliśmy oswajać się z tym miejscem. Gospodarze nasi, to starsi ludzie na emeryturze, mili i sympatyczni. A teraz plan zwiedzania:

w niedzielę trochę leniliśmy się, potem pojechaliśmy do Centrum historyczneho. Cóż się kryje pod tą nazwą? Stara kopalnia węgla, przekształcona w muzeum. Francuzi zmienili swoją politykę energetyczną i przestawili się, jak wiadomo, na energię jądrową. Dlatego kopalnie węgla trzeba było zamknąć. Nasza kopalnia to muzeum, jednak w pełni oryginalne- wszystkie przedmioty, żelastwo, machiny itp. to autentyczne rzeczy. Wizyta była nieco okropna. Nie mogę sobie wyobrazić górników pracujących w okropnym hałasie, brudzie, pyle, ciemności i na klęczkach. Warunki były wręcz koszmarne. Głuchota na porządku dziennym. A wcześniej pracowały jeszce kobiety i dzieci, a także konie.  Niemniej ta wizyta była ogromnie pouczająca i ciekawa. W poniedziałek pojechalismy nad kanał La Manche (Rękaw). Był to najlepszy punkt w naszym programie. Bardzo piekne tereny, zwłaszcza Cap Blanc Nez (Przylądek biały nos). Białe, kredowe skały, zieleń, jeśli chodzi o ląd. A potem morze, mgła i gdzieś w oddali brzeg WB. Juz na komórce pojawiła mi się nazwa operatora T- Mobile- UK, a także O2- UK. Tak więc byłem w Anglii. Ponadto zwiedziłem też miasta Boulogne, gdzie był obóz Napoleona, i Calais, ze śladami, jak Anglicy zeszpecili swoimi budowlami (katedra) piękne francuskie miasto. We wtorek zwiedziłem Lille- stolice regionu. Jak zwykle podziwiam praktyczność parkingów. Dobrze znany mi ze Strasbourga, czy Dijon, system P+R Tram. Tyle, że zamiast tramwaju kursowała Citadine- autobus miejski kursujący po mieście. Do autobusu należy wsiadać tylko z przodu!!! Srodkowymi i tylnymi drzwiami się wychodzi! Tak, nie nalezy porównywać, ale czasami nie mogę się oprzeć pewnemu wrażeniu…    1 lipca pojechaliśmy do Tournai. To miasto znajduje się w Belgii. Fajny kraj, nie powiem, lecz oszczędzę już historii. Napiszę tyle, iż wyroby kulinarne to frytki, piwo i czekoladki (pralinki- mniam, mniam). Jak zawsze pochodziliśmy po rynku miasta, potem do sklepu kupować miejscowe delicje. Wróciliśmy na aperitif do naszych gospodarzy. Czwatek, 2 lipca, to bardzo zabiegany dzień. Mianowicie, pojechalismy do Paryża. Najpierw do Lille, gdzie zaparkowaliśmy samochód na cały dzień, potem z dworca Lille Flandres wyjechaliśmy pociągiem. I to jakim, TGV. Tak, ten słynny, najlepszy, najszybszy, no i najwspanialszy pociag na świecie. Tylko Japończycy moga pokusić się o rywalizację z Francuzami na tym punkcie. Pełna kultura, komfort, zadbane, wygodne miejsca do siedzenia, cisza!!!!, spokój, nikt nie rozmawia przez telefon na głos!!!!!!!!!!!!!!!!!!, jak musi, to wychodzi, a nie  siedzi i cały przedział musi wysłuchiwać rozmowy, jak to bywa w pewnym kraju wschodnim, że już lepiej o nazwie pociągu nie wspomnę, zreszta wiadomo.  Porównując zadbane, utrzymane, toalety są w dobrym stanie!!!!!!!, nie dudni, nie ma spóźnień!!!!!!!!!!!!, szybkośc niezła (250 km/h), niestety prędkośc niemozliwa do osiagnięcia w wschodnim kraju, no i konduktorzy zadbani, mający schludne stroje. Tak, nie porównywać, bo wiadomo- 40 lat opóźnienia, teraz nadrabiamy, i może dogonimy.  Jednak czasami trudno nie porównywać. Pewne sytuacje, zachowania aż sie o to proszą. Inna kultura, zachowanie, kuchnia!!!!, sposób myślenia, załatwiania spraw, mentalność cywilizowana nie barbarzyńska. No cóz….     Odległośc 230 km pokonaliśmy w ciągu godziny,  co zsotaje marzeniem w kraju leżącym ok. 1000 km na wschód od Francji. Skończe porównywać i przechodze do rzeczy. Dotarliśmy na miejsce o godz. 7. Był to słyny Gare du Nord (Dworzec północny). O nim można niekiedy wyczytac w literaturze, jeśli sie dobrze i uważnie czyta szczególiki- np. “Lalka”. Kupiliśmy bilety na metro no i w drogę. Doskonale znane metro paryskie z pociągami przyjeżdżającymi, co 2-5 minut na daną stację, niestety ściskami porannymi i wieczornymi, długimi korytarzami do przejscia, ale jednak jest to zdecydowanie najszybszy sposób przemieszczania się w tym wspaniałym mieście. Zwiedziliśmy Basilique St- Denis, ze względu na mnie. Musiałem oczywiście pozdrowić Ich Wysokości, Królów i Królowe Francji. Jakie to uczucie czuć powiew historii przechodząc obok nagrobków, być może prochów ludzi nieprzeciętnych, tworzących historię, o których tyle się wyczytało w podręcznikach, książkach, niekiedy obejrzało się filmySą wszyscy poczynająć od Chlodwiga, czyli od czasow Franków, poprzez dynastie Karolingów, Kapetyngów, Walezjuszy i Burbonów. W czasie rewolucji sankiuloci wdarli sie do bazyliki i naruszyli spokój władcom ich przokdków. Ciała sprofanowano i wrzucano gdzieś za bazylikę. Dopiero później to sprowadzono, o ile można z powrotem. I tak w pewnych miejscahc, jest to tylko kapliczka ku pamięci, albo urna z sercem. Dla mnie, jako dla fana historii, pozycja obowiązkowa, nieprawdaż? Potem najsłynniejsza ulica świata, albo jednak z najsłynniejszych- Les Champs Elysees, o której nawet powstała piosenka śpiewana o ironio przez Francuza amerykańskiego pochodzenia. Ulica, gdzie mieszczą sie słynne fimrmy, marki, restauracje, słowem najwyższy szyk i klasa światowego formatu. Skorzystanie z jej usług jest równoznaczne z posiadaniem dobrze wypchanego portfela, bądź pokaźną sumą na karcie kredytowej. Potem Wizyta w dzielnicy Montparnasse. Wieża Pontparnasse- drugi, pod względem wysokości budynek w Paryżu. Na szczyt- 56 piętro wjeżdzą się w przeciągu, o ile pamiętam, 38 sekund. Nawet nie zauwazyłem, kiedy wjechałem. Tak, tak, miałem do czynienia z najszybszą windą w Europie. Jak wyszedłem, miałem tylkojak to przy wysokościach, zatykanie uszu. Na szczycie podziwiałem wspnaiałą panoramę Paryża i jego widoczne zabytki. Jak zjechaliśmy, udaliśmy się na cmentarz. To nie jest wprawdzie prestizowy Pere- Lachaise, ale sławni ludize też tu leżą. Najważniejsza osoba to niewątpliwie filozof, Jean Paul Sartre. Oprócz niego są tu pochowani Gainsbourg, Citroen, Dreyfus, a także innni rozmaici malarze, pisarze, artyści wszelkiego rodzaju. Na koniec dnia poszliśmy zrelaksowac się do Ogrodu Luksemburskeigo, po czym TGV wróciliśmy do Lille. W gicie bylismy ok. 23 zmęczeni, spragnieni. Cały dzień gorący, duszny, parny. Mimo tych warunków pogodowych nieco ekstremalnych, wspaniały, a to najważniejsze. W piątek pojechalismy do Arras- miasta, gdzie przed rewolucją urodził sie i żył Nieprzekupny. Tak, tak, słynny Maximilien Robespierre we własnej osobie! Jest tam jego ulica i dom, który mozna zwiedzać. Niestety nie byłem tam. Nieco pochodiliśmy po centrum, a i to z problemami, gdyuż był festiwal miejski. Wróciliśmy do nas i jak to bywa, z plłaczem pakowalismy się. jak zwyklę mówiłem sobie, je rewiendrai- wróce!! W sobote rano opuściliśmy ten ciekawy i wspaniały region, a w nocy dotarlismy do Czarnej Wodzie po ciężkiej, 14- godzinnej podróży.

Druga sprawa itd.

czerwiec 7, 2009 - autor: mlandek

No właśnie, druga sprawa. Może już nieaktualne, niemniej zawsze. W maju miałem wymiane instalacji gazowej. Co się stało? Okazało się, iż dokonano pomiarów, czy jakiś badań no i coś było nieszczelnjego. Kto wie, może pewnego pięknego dnia byłoby wielkie bum!!! No ale zyję. Wymiana trwała bodaj dwa- trzy tygodnie o ile pamiętam. Trzeba było przeżyć, dzięki pomocy róznych ciekawych rzeczy, jak np. opływowy podgrzewacz wody. Dzięki temu można było sie kąpać. Jako, iż wiosna w pełni, nie trzeba grzać. Co by było, gdyby wymianę przeprowadzono w zimie… Na szczęście to już historia

Teraz może coś z życia szkolnego.  Rozstrzygnął się długo oczekiwany konkurs filozoficzny. Najpierw był test znajomości. Zakres materiału- od talesa, poprzez orfików, Sokratesa, Platona, Arystotelesa, kończywszy na śś. Auguście i Tomaszu. Wszyscy, czyli 12 osób z naszej szkoły dostali się do drugiego etapu, czyli pisanie wypracowań. Do wyboru 4 tematy (ja wybrałem rolę pamięci w paznaniu ludzkim w ujęciu Platona), oczywiście, trzeba było lektury przeczytać  no i zabrać się do pisania pracy. To oznaczało pobawić się Wordem i wszystkie wymagania spełnić (drukowałem stronę tytułową kilka razy, zanim była odpowiednia). Potem oddać i czekac na wyniki. Otóż dostałem nagroe czyli złote wyróżnienie. Główna jednak nagrodą były trzy indeksy na UKSW- Uniwersytet Kardynałą Stefana Wyszyńskiego. 28 maja pojechaliśmy, całe nasze koło, z paroma osobami z mojego rocznika i dwoma maturzystami i oczywiście ks. Baską i proboszczem do Warszawy po odbiór nagród. W międzyczasie obejrzeliśmy promocje doktorskie 116 doktorów i 9 doktorów habilitowanych. Potem ZJedliśmy obiad, zostaliśmy oprowadzeni po uniwersytecie przez dwie studentki. A nastepnie było odebranie nagród i wykład na temat ulic filozoficznych Warszawy. Potem konkursik sprawdzający pamięć krótką, czy jak to się nazywa. Ja dostałem książkę o św. Tomaszu z dedykacją. Podczas wakacji będe mógł nacieszyć się filozofią. Potem była wizyta na starówce i wróciliśmy. Wyjazd był całkiem udany, wróciłem zmęczony, po 20 godzinach od wyjścia z domu, ale zadowolony.

Jeśli chodzi o szkołę, przetrzymałem ciężki okres wystawiana ocen. W porównaniu z zeszłym rokiem nieco spadłem i nie będę miał apska, ale nie przejmuję sie tym. Nie mam ochoty brać udział w tym wyścigu szczurów. Wiem, z czego jestem dobry, co mi idzie gorzej, ale i tak jestem dobry. To starczy do szczęścia. Tak w zasadzie nieoficjalnie zaczęły sie już wakacje. Teraz chodzenie do szkoły będize polegać na udawnaiu, iż coś sie robi. Nienawidze tego. Same nudy, oglądanie filmów itp. Bynajmniej jednka będzie trochę czasu na rozmowy, tudzież inne rzeczy. Juz jednak niecierpliwie wyczekauję wakacji, żeby ta farsa się skończyła.

No i ostatnia sprawa, o której wspomnę. Dzisiaj są wybory do Parlamentu Europejskiego. Wprawdzie obecnie PE nie jest bardzo wazny, niemniej jego uprawnienia mają wzrosnąć, zwłaszcza po przyjęciu Traktatu Lizbońskiego. Jednak jakoś wszyscy lekceważą sobie głosowanie. OJ, będzie wstyd na całą Europę. Że też społeczeństwo jest takie głupie…

Reaktywacja

kwiecień 24, 2009 - autor: mlandek

Już strasznie dawno nie pisałem bloga. A to z powodu nawału zajęć, braku weny, niechęci do pisania. Jednak ostatnio w moim życiu dość dużo zdarzyło się. Primo- konkurs o Kazimierzu Wielkim, secundo…. 

W poniedziałek odbyła się część finałowa Ogólnopolskiego Konkursu Wiedzy o Kazimierzu Wielkim i Jego Czasch, czy tk jakoś. Nie interesujowałem się specjalnie tym królem, był to dla mnie kolejny konkurs historyczny. Jednak jak już przeszedłem, do części finałowej, trzeba było się postarać.  Trzy ksiązki, które przeczytałem, spowodowały wzrost zainteresowania królem.  Ostatnio za sprawą Maurice’a Druon pt: “Królowie przeklęci” zainteresowałem się historią Francji w XIV w., tj. dokładniej od 1314 do 1356 r.  Jednak, zacznijmy od początku

Wstałem o 4 rano, po załatwieniu podstawowych rzeczy porannych poszedłem na przystanek.  W autobusie aż 4 osoby, no cóz. 5 rano…  Przybyłem na dworzec kolejowy, po ok. 15 minutach przyszła moja pani. Kupiliśmy bilety na pociąg do Bydgoszczy, który planowo wyjechał o 5.35.  Dotarlismy na miejsce o 7.17. Wzięliśmy taksowkę i dojechaliśmy na Uniwersytet Kazimierza Wielkiego.   Wg planu rozpoczęcie konkursu o 9, więc trzeba było czekać.  Potem wszyscy już się zebrali (12 osób), organizatorzypoprosili 3 osoby już do sali senatu, e reszta poszła do sali konferencyjnej.  Mogłem poznać moich konkurentów bliżej, co uwazam za plus tego konkursu.  Zostałem  wywołany, choć jeszcze nie wszedłem na sale. Gdy czekałem na wejście podeszła jaks pani i spytałą się mnie czy moze pzreprowadzić ze mną wywiad.  Ja oczywiście zgodziłem się.   Ciekawe doświadczenie rozmawiać tak na zywo,  i mówić do mikrofonu…  Wywiad był dla Radia PIk, zapewne jakiegoś lokalnego, ale zawsze coś.  Nastepnie wszedłem do sali, wylosowałem karteczkę i  miałem ok. 10 minut na przygotowanie się. Jak to egzamin ustny, standardowo kartka przygotowana na notatki. Pierwsze pytanie miałem o stosunkach Kazimierza ze Stolicą Apostoslką, a drugie o Piastach kujawskich i mazowieckich. Pierwsze to była prościzna,  przy drugim nieco musiałem udawać, iz coś wiem na ten temat.  Komisja podziekowała i wyszedłem. Nadszedł czas nerwowego wyczekiwania wypełniony rozmoiwami na temat pytań i przezyciami z konkursu.  Skorzystaliśmy też z kartek  i poszliśmy an biad do stołówki. W międzyczasie nasi opiekunowie poszli zwiedzać miasto. Po ich powrocie ok. 13., odbył się wykład dotyczący czarnej legendy Kazimierza, prezentacja strojów rycerza, a potem koncert muzyki średniowiecznej. Co to był za koncert, jak wszystko było puszczane z płyty, ewentualnie dodano nieco wkładu instrumentalnego (tamburyn, talerze). Na koniec ogłoszenie wynikiów. Nie spodziewałem się rewelacyjnego wyniku i rzeczywiście, zająłem siódme miejsce. Jednak cieszyłem się, w końcu byłem siódmy na ok. 1000 uczestników, dotarłem do finału , w którym całkiem dobrze się zaprezentowałem.  Wróciliśmy taksowką na dworzec, z panią. Przy okazji nauczyłem się jednej rzeczy- nie brać taksówek z dworca, tylko te zarejestrowane ( różnica między 25, a 9 ,60 zł jest, no nie?) Wsiedliśmy do pociągu i wróciliśmy do Tczewa o 19.10.  Ten pełen dzień przygód trwał jeszcze w autobusie, kiedy nastąpiła kontrola biletów. Miałem okazję zobaczyć, jak wygląda złapanie kogoś jadącego “na gapę”. Mandat 75 zł do zapłacenia w przecviągu tygodnia, jeśli nie, to kwota pewnie zapewne wyższa.  Wróciłem zmęczony, z dwoma torbami nagród (za dostanie się do finału). Dostałem słownik Longmana, Dzieje śwaita- encyklopedię PWN, ksiązkę “Niepospolici z Kowala i okolic” i pendrive’a (musiałem jeszcze podpisać odbiór).  Z konkursu jednak jestem zadowolony, nabrałem kilka cennych doświadczeń.

Święta itp.

grudzień 19, 2008 - autor: mlandek

Ach, jak ten czas leci. Niemniej jednak cieszę się, iż nareszcie są Święta. Dwa tygodnie woolnego…  A ja jutro wyjeżdżam- najpierw spędzić okres świąteczny w gronie rodziny, a potem ostatni tydzień roku do 3 stycznia spędzić w mojej ukochanej Francji.  Jeszcze nigdy nie spędziłem Sylwestra za granicą (czyli we Francji), tak więc będzie to dla mnie pewna nowość. Zobaczę, jak Francuzi obchodzą przejście ze starego do nowego roku.

Ten rok był cieżki, lecz w sumie dobry- sukces na konkursie ortograficznym, zakończenie klasy z wyrżnieniem….  Przewiduję jednak, że przyszły rok będziue cięzki.  Jak zwykle będzie sie trzeba wziąć do pracy, nie zapominając o trzech konkursach. Pierwszy to XXXV Olimpaida Historyczna, na której niewątpliwie będzie trzeba powalczyć, następny to konkurs o Kazimierzu Wielkim, na którym też byłoby dobrze coś osiągnąć, a trzeci to Konkurs Filozoficzny. Swoją droga koło filozoficzne jest jednym z paru powodów, dla których nie chodzę do szkoły z musu, ale z chęcią.   Przewiduję spokiojn święta, choć w ciagu trzech tygodni będę musiał przeczytać 5 książek. Czytanie książek dla mnie nie nowina, więc pewnie poradzę sobie. Zreswztą człowiek powinien sobie radzić ….

Afera winna

październik 26, 2008 - autor: mlandek

Udało mi się znaleźc trochę czasu. Napisze więc o tytułowej aferze winnej.

Otóż po debacie poszliśmy na otwarcie wystawy starych ksiąg liturgicznych w byłym Muzeum Wisły, obecnie centrum Wystawienniczo-regionalnym Dolnej Wisły. Nasza szkoła była organizatorem, a jako, iż jesteśmy klasą humanistyczną, również poszliśmy na wernisaż. W charakterze “sztucznego tłumu” ale zawsze. Oprócz mojej klasy była też klasa pierwsza z naszej szkoły oraz uczniowie z okolicznej szkoły, z Curie. Na otwarciu byli wszyscy lokalni oficjele, ważne persony w życiu naszego miasta. Samo otwarcie średnio się podobało. Były ciekawe wątki, jak historia Biblii Gutenberga, tylko wszystko zostało jak zwykle przy takich okazjach utrzymane w sztucznej, pompoatycznej atmosferze. Nic dziwnego, iż wszyscy wycofywali się i gadali sobie. Wszyscy odetchneli z ulgą, kiedy oficjalna część skończyła się. Organizatorzy zapowiedzieli, że jest poczęstunek. Oficjele podziwiali księgi, a uczniowie z obu szkół udali sie do drugiej sali. Stal tam stół z ciastakami, kiściami winogron, sokami
(dla nas) i winem. Co sie działo, to lepiej nie opisywać. Niektórzy, zwłaszcza ci z sąsiedniej szkoły, rzucili sie na ten stół, jakby pierwszy raz widzieli jedzenie. Powiem tylko, iż zapasy ciasteczek zostały naruszone, winogrona też, o skoach nie wspomnę, ale też zaszło coś innego- wszystkie kieliszki z winem zostały opróżnione. Zszokował mnie jakiś chłopak, który wypił parę kieliszków wina, jedno po drugim duszkiem i do tego naprzemian czerwone z białym. Jak wychodziłem słyszałem organizatorów szeptem naradzających się, co zrobić, zeby goście nie zastali tej sytuacji. Ale byłby szok, gdyby zobaczyli puste kieliszki wypite też przez uczniów pochodzących z prestizowej, “świętej” szkoły. Podobno jakoś udało im się poradzic w tej sytuacji.

Nastepny dzień przebiegał pod znakiem tej afery. W szkole już wszyscy wiedzieli o zaistniałej sytuacji. Na lekcji historii klasa usłyszała, iz jest największym rozczarowaniem, a pani dodatkowo krzyczała, i na koniec wyszła z sali. Natomiast pan wice-dyrektor miał jedna mowe do nas w czasie przerwy, potem kazał pojedynczo przychodzić do gabinetu i tłumaczyć się. Trzeba przyznać, iż poczułem się, jak na procesie inkwizycji. Tylko, ze nie było ciemno, nie było tortur, ale atmosfera grozy była.  Ostatecznie pan nazwał nas latarnia, która ma oświecać szkołę i dawać jej dobry przykład, i powiedział, że woli zapomnieć o sprawie. Zakończyło się w sumie dobrze, winni zrozumieli winę, ale nie było ani uwag, ani dzwonienia do domów.

Debata oxfordzka i afera winna

październik 19, 2008 - autor: mlandek

Już dawno nie pisałem, gdyż wszystko płunęło monotonnym rytmem, bardziej lub mniej nudnie. jednak ostatnio w szkole stały sie dwie ciekawe rzeczy- własnie te wymienione w tytule. Najpierw omówię debatę.

Otóż Fundacja “Pokolenie”, czy jak jej tam załozyła oddział w Tczewie. Jaki jest cel dokładny tej organizacji przyznaję się, że do końca nie wiem. W każdym razie postanowiono, iż każda szkoła weźmie udział w debacie, po kolei. Nasz nauczyciel z WoS-u zorganizował wzięcie udziału naszej klasy w tej debacie. Pierwsza klasa jeszcze nic nie umie, a trzecich jest za mało. Nasza klasa ma pewne doświadczenie w przeprowadzaiu debat- w zeszłym roku zorganizowaliśmy dwie. Nie wyglądało to tak, jak powinno, ale…

Prowadzący- pan Albert i pani Agnieszka (w końcu znalazłem kogos, kto uwielbia francuski), powoli wprowadzali nas w arkana debaty. Pierwszego dnia oglądaslismy filmy z przemówieniami (mnie sie podobało unikniecie odpowiedzi na niewygodne pytanie- “naprawdę pani zadała wyśmienite pytanie. Pozwolę jednak zostawić państwa bez odpowiedzi na nie”), a następnie każdy z nas dostał temat i miał wygłosić przemówienie na 4 minuty, trzymając się wskazówek. Ja dostałem temat “Rozwiązywaniem konfliktów w klasie powinien zając się nauczyciel, gdyż on ma doświadczenie i odpowiednią wiedzę. Szczerze pisząc nie mówię przemówień- trochę się stresuję, a jak sobie coś ułoże to nie wypada to tak, jak powinno. Ale to juz było trzecie przemówienie w ciągu dnia, więc trochę lepiej mi poszło. Pierwsze- to przedstawić siebie, drugie, to przedstawić koleżankę/kolege z pary. 

Pozwolę sobie na małą dygresję- ułozyliśmy regulamin, w którym wazny był punkt 12. Nie mówimy o kimś, tylko do kogoś. Np. jak Wojtek wygłosił przemówienie i chcemy powiedzieć coś na ten temat, to nie mówimy “Wojtek powiedział dobrze, byłem pod wrażeniem”, tylko “Wojtku, mówiłeś naprawdę dobrze”.

Nastepnego dnia dowiedzieliśmy się, czym jest ta debata oxfordzka. A więc wyglada to tak: temat tej debaty jest w formie tezy. Są dwa zespoły- propozycja, która broni tezy i opozycja, która tą tezę obala. Każdy zespół ma 5 mówców i dwóch doradców. Ponadto jest marszałek bezstronny, udzielający głosu i pilnujący porządku obrad, sekretarz, który pomaga marszałkowi i pokazuje, ile kto ma czasu na przemówienie, a także publiczność obserwująca debatę. Marszałek otwiera przemówienie, a po nim przychodzi pierwszy mówca ze strony propozycji- wyjaśnia on temat, jak rozumie go jego grupa i może przedstawić swoje 2-3 argumenty. Po nim przychodzi mówca pierwszy z opozycji, który robi to samo, co jego poprzednik, ale mówi zdanie swojej grupy. Mówcy z propozycji i opozycji mówia naprzemian. Mają po 4,5, 3 minuty czasu. Mówca drugi i trzeci przedstawiają wszystkie argumenty grupy i je uzasadniają. Strona przeciwna jak i publicznośc mają prawo wtrącenia, przez zadanie pytania lub powiedzenia informacji. Moga jednak być odrzuceni przez mówcę słowem “dziękuję”. Mówca czwarty ma bardzo ważne zadanie- posiłkowany przez doradców, kt6órzy notują wypowiedzi przeciwników ma za zadanie obalić argumenty grupy przeciwnej i udowodnić, iż jego grupa ma rację. Gdy przemówienie wygłosi mówca czwarty ze strony opozycji, nastepuję czas, w którym publicznośc może zadać pytania jednym, jak i drugim. Pokazuje to, czy skłąda sie z gapiów, czy też ludzi myślących. Doradcy też mogą sie zgłosić i coś dopowiedzieć, mają czas na to dwie minuty. Mówca piąty podsumowuje debatę, powtarza ogólne argumenty swojej grupy i też mówi, że to własnie jego grupa ma rację. Marszałek zamyka debatę i zarządza głosowanie. Pierwsze głosowanie jest przy wejściu publiczności na salę, drugie- po debacie. Jeśli chodzi o zasady, myślę, ze w zasadzie to wszystko. Sama nazwa pochodzi od tergo, iż właśnie w Oxfordzie zaczęto po raz pierwszy organizować takie debaty. Ciekawe?

Gdy zapoznaliśmy się z zasadą debaty, przeszlismy do wyboru tematu na naszą debatę. pomysły były różne, zarówno oklepane, jak np. te dotyczące kary śmierci w Polsce, aborcji, eutanazji, , ale też takie jak zniesienie celibatu, albo zupełnie zwariowane jak “automat z prezerwatywami w każdej szkole”. Ostatecznie wybrtaliśmy temat “Polska jest krajem nietolerancyjnym” i podzielilismy się na dwie grupy. W zasadzie wybrano temat “zniesienie celibatu rozwiązaniem problemów Kościoła”. Niestety, w naszej “świętej” szkoloe taki temat jest za bardzo kontrowersyjny, moglibyśmy mieć problemy, gdyby taki temat wybrano. Dlatego zarzucono ten temat i wybrano bardziej neutralny. Na koniec dnia zorganizzowaliśmy próbną debatę na ten odrzucony temat i podsumowaliśmy nasze warszataty.

W poniedziałek odbyłą się właściwa debata- wszystko było przygotowane. Ja byłem doradcą w grupie propozycji. Marszałkiem był przewodniczący Rady Miasta. Publiczność to niestety pare klas gimnazjalnych, I liceum i reszta naszego rocznika. Jak się zorientowałem parę osób ma problemy z używaniem mózgu, czy też dokładniej głosowali na kolegę, którego lubili, będącego w opozycji. Nie podobało mi się to, uważam, że publicznośc powinna się składać z osób neutralnych, które nie znają sobiście nikogo z dwóch stron- wynik byłby bardziej obiektywny. Ale nie powiem, jak zabrałem głos, byłem dumny ze swego przemówienia, którte uważam za calkiem niezłe, a moja grupa ostatecznie wygrała stosunkiem 38:24.

Podsumowując, dowiedziałem się, co to jest ta debata oxfordzka, nabrałem nowych doświadczen, nieco przemogłem lek przed przemówieniem, a po za tym straciliśmy 3 dni ze szkoły. Jeśli chodzi o aferę winną, opisze już niebawem.

Pobyt we Francji- cz.2

sierpień 7, 2008 - autor: mlandek

Wrócę teraz do opisu wycieczek. W niedzielę wyjechaliśmy na marche (rynek) w pobliskim Chagny. Było bardzo fajnie. Jak sobie przypomnę o 30 korytkach z oliwkami, każde ma inne kolory, smaki, wygląd, z pestką, bez, itp. Warte wspomnienia jest też to, że było tam praktycznie wszystko, od ubrań po koszyki. Mnie się spodobała kiełbasa, sery, a także gołąbki i przepiórki. Największą sensacją był jednak słynny kurczak z Bresse, mający nawet certyfikat jakości i sprzedawany z głową. gdy się nieco tam zatrzymałem, nawet widzialem, jak sprzedawca ucinał głowę jednemu.

Wróciliśmy potem do Dezize i przezliśmy się po tej wioseczce, w której mieszkają w sumie właściciele winnic.Po szybkim lunchu pojechaliśmy do Autun (czyt. Otę). Było to starozytne miasto rzymskie, w pobliżu były pozostałości po wiosce galijskiej i siedzibie wodza Wercyngetoryksa. Jako, iż uwielbiam historię, była to duża frajda dla mnie. Pozostałości teatru rzymskiego, świątyni boga Janusa, a także brama, zrobiły duże wrażenie. Żałowałem jedynie, iż nie mogłem zobaczyć Augustodunum-widowiska gallo-rzymskiego. Po tym wszystkim wrociliśmy do siebie. Następnego dnia pojechaliśmy do Beaune (czyt. Bon), gdzie zobaczyłem xiv-wieczne hale, a także Hotel Dieu- szpital dla biednych chorych w czasie zarazy w XV w. W czasie obiadu- Francuzi od godz. 12-14 mają ustawową przerwę obiadową. W tym czasie zamykane są sklepy, urzędy i miejsca pracy, ludzie wchodzą do brasserie, albo wracają do domów, żeby coś zjeść. Ja sobie wziąłem salade de Bourgignone, w której były wszystkie specjały kulinarne Burgundii. Zawsze jak jedziemy do Francji, zamawiamy lokalne specjały. Z tego wszystkiego najciekawsze były escargots- ślimaki. Podawane z muszelkami, specjalnymi szczypcami i specjalnym widelcem. Sztuka jedzenia ślimaków polega na przytrzymaniu skorupy i wyjęciu ze środka ślimaka, podawanego ze specjalnym sosem, któremu zawdzięcza swój smak. Według mnie było  to bardzo dobre.

Następnego dnia pojechaliśmy do Cluny. Było tam potężne opactwo w średniowiecznej europie, mające duże znaczenie. Opatem był Hildebrandt, który później zotał wybrany na papieża i przyjął imię Grzegorz VII. To własnie w Cluny narodziła się reforma kluniacka wg surowej dyscypliny św. Benedykta. Opactwo ma długa historię, od X do XIX w., kiedy popadło w ruinę. Hugenoci też zniszczyli wiele cennych ksią w XVI w., za czasów wojen religijnych, a początkiem końca była Rewolucja Francuska. Niestety, jeśli chodzi o zabytki, Rewolucja okazała się niszcząca. To, co teraz można zwiedzać to niestety głónie ruiny i pozostałości. Pokazywał też to krótki film, gdzie ukazano próbę rekonstrukcji bazyliki w Cluny. Była to bardzo potężna i wysoka budowla, porażająca ogromem. Swojego czasu był to drgi pod względem wielkości kościół po Bazylice św. Piotra w Rzymie!!! Trzeba było zadowolić się spojrzeniem w górę, gdyż zrekonstruowano część transeptu. Było tam 30 m wysokości, jeśli nie więcej.  Po zwiedzeniu opactwa i spacerze po miasteczku, pojechaliśmy do słynnego Taize, miejsca commeaunnute (współnota). Zajrzeliśmy tylko tam, żeby zobaczyć, jak to wygląda. Wszystko wygląda bardzo prowizorycznie i prosto. Wspólna jadalnia, baraki do spania, kuchnia, gdzie pewnie są dyżury, a także modlitewnia, gdyż kościół to raczej nie jest. Ogromny ruch tam był i wszystkie języki świata mozna było usłyszeć. Miejsce to ma jednak swój specyficzny urok.

Następnego dnia popłynęliśmy barką po Canal de Bourgogne. ten kanał w sumie nie jest tak znany jak Canal du Midi w Langeudoc-Rousillon na południu Francji, wykorzystywany od około 15 lat, ale i tak było dobrze. Clou programu to ecluses (czyt. ekliz), czyli śluzy. W czasie dwugodzinnej podróży przepłóynęlismy przez 5 takich śluz. Było to bardzo ciekawe przeżycie, zwłaszcza, że można było z bliska zobaczyć, jak działają.

W czwartek pojechaliśmy do stolicy regionu, do Dijon (czyt. Diżą). Zwiedzaliśmy miasto, w którym atrakcje to:Pałac Książąt burgundzkich, Muzeum Sztuk Pieknych, Muzeum musztardy (musztarda to specjalność burgundzka, a zwłaszcza Dijon), a także katedrę Notre-Dame. Potem pojechaliśmy do Citeaux. Z powodu zmęczenia darowaliśmy sobie zwiedzanie klasztoru cystersów, z którego też niewiele zostało, ale za to kupiliśmy wyborny tamtejszy ser (chociaż Reblochon też był świetny).

W piatek jeszcze pojechaliśmy do Beaune, a w sobotę niestety z bólem serca musieliśmy wyjeżdżać z gite. Pojechalismy do hotelu Etap w Selestat, w Alzacji. Alzacja jest to naprawdę cudowna ziemia. jest tam dosłownie jak w bajce, nie da się niestety tego przelać na papier, nawet zdjęcia częściowo tylko pokaqzują, jak tam jest. Tam po prostu trzeba być. Już w sumie piaty raz tam bylismy. Po raz czwarty udalismy się do tej samej restauracji w Ribeauville, jak zawsze zamówiliśmy flamm (placek, podobny do pizzy, jesli chodzi o ogólny wygląd, ale jest strasznie płaski, zazwyczaj z serami, alzackimi oczywiście, boczkiem, cebulką- to są poddstawowe składniki tego dania, podawanego na desce. Było naprawdę smakowite.

W niedzielę pojechaliśmy na mszę w Neuf-Brisach. Zaraz po wyjściu trafiliśmy na święto miasta- pokaz wojsk z epoki napoleońskiej- Francuzów, a także Niemców i Austriaków w mundurach z epoki. oczywiście nie mogło zabraknąć Cesarza. Była jak i konnica, piechota, a nawet jedna armatka. Przedefilowali i udali się na plac. Tam się ustawili, dowódcy oddziałów złozyli raport generalicji i cesarzowi, potem strzelali z karabinów i z armaty. Było naprawdę świetnie! Potem pojechaliśmy do Freiburga na grób ciotki Zofii, wróciliśmy do Francji i odwiedziliśmy naszych przyjaciół z gite w Hunawihr (czyt. inawir), po czym wróciliśmy do hotelu.

Poniedziałek, to był nasz ostatni dzień we Francji. pojechaliśmy juz trzeci raz do miasta Gutenberga, katedry z jedną wieżą i specjalnym horloge (zegar), a przede wszystkim bardzo ważnym dla UE. Znajduje się tam Parlament Europejski, Europejski Trybunał Praw Człowieka, a także Rada Europy (nie mylić z Radą UE i Radą Europejską). Te miasto to oczywiście Strasbourg, czyli Strasburg (uzywana czasami u nas szkopska nazwa sztrasburg jest fałszywa). Trzeci raz już byłem w tym mieście. Mogę wspomnieć, iż maja doskonały system parkingowy. Zamiast wjeżdżac do centrum, przeklinać na ruch i głowić się nad miejscem do parkingu, na obrzeżach jest specjalny parking P+R Tram Elsau. Wygląda to tak: przyjeżdżasz tam, w budce dajesz 2,80 euro za cały dzień, a także dostajesz un ticket aller-retour. Bilet ten jest na tramwaj, w jedną i drugą stronę, czerwony dla kierowcy, żółty dla pasażera. Spokojnie sobie parkujesz, i idziesz na najbliższa stację tramwaju, nieopodal parkingu. Tam w specjalnym kasowniku kasujesz bilety stroną aller, czekasz na tramwaj (zazwyczaj przyjeżdżają co ok. 4-5 minut i spokojnie sobie jedziesz nowoczesnym, wygodnym, pieknym tramem do centrum miasta na przystanek Homme de fer (człowiek z żelaza). Wysiadasz, zwiedzasz, potem na przyustanek, kasujesz retour i jesteś. Trzeba tylko uważać na kiedunki tramwajów, a także na to, jakiej lini, gdyż jest ich 5 A-E. Z Elsau jadą B i C, przy czym do centrum jedzie C. Proste, skuteczne i szybkie. ot, pas de problemes. Zapomniałem wspomnieć, iż w dijon są specjalne małe, ale darmowe autobusiki, miejsc siedzących 10, które co 6 minut jadą po mieście. Oczywiście, trochę pospacerowalismy po mieście, zobaczylismy katedrę. Do Parlamentu już nie chodzilismy, bo to 2 km chodzenia w jedną stronę i nie było specjalnie czasu i ochoty, zwłaszcza, iż poprzednim razem byliśmy tam. Bardzo fajne miasto, prawdziwie europejskie, a jednocześnie stolica Alzacji, czyli elementy folkloru tez tam są w sklepikach. Niestety, musieliśmy wrócić do hotelu, żeby się spakować.

Rano szybko wpaliśmy do sklepu, potemk wsiąść w samochód, przejechać przez Ren, Łabę, Odrę, ponownie zatrzymac się w Słubicach i nastepnego dnia, czyli juz w środę, wrócić do Tczewa. Marzę, żeby znowu pojechać do Francji…

Pobyt we Francji

sierpień 6, 2008 - autor: mlandek

No i kolejny raz byłem w tym pieknym, cywilizowanym kraju, gdzie można sie poczuć jak obywatel Europy, a nie jak w zaścianku. Ale moze wszystko po kolei. Pojechałem z rodzicami 24 lipca. Po ciężkiej 6-godzinnej jeździe w naszych polskich warunkach, dotarlismy do hotelu “Relax” w Słubicach. Może zrobie im małą reklamę, ale trzeba przyznać, iz mają dobrą restaurację i croissanta w zestawie IV. Zapewniają też “rozrywkę” w restauracji poprzez oglądanie Wiwy, nawet ciekawe te klipy, czy jak to się tam nazywa. Swoją droga pojawiło się coś t5akiego jak “noszenie sikora”. Co znaczy ten zwrot, nie wiem. Potem szybko, bo tylko 8 godzin jazdy przez Niemcy. Trzeba jednak Frycom przyznać, iż mają niezłe autostrady, chociaż postoje są paskudne. tylko cześć ma kible, w dodatku są one brudne, śmierdzą. Nie wspomnę już o tym, iż sa położone koło pól, z których śmierdzi. W końcu Niemcy jako podstawę nawożenia stosują gnojówkę. Poczułem jednak ulgę, kiedy przejeżdżaliśmy przez Ren. Pierwszy nocleg był w hotelu Formule 1. W sumie średni hotel, ale przede wszystkim tani, co widać. Pokoje są strasznie ciasne, w zasadzie jest tam tylko telewizorek, duże łóżko piętrowe (jak na trzy osoby) i zlew. Jeśli ktoś odczuje potrzebę skorzystania z kibelka, albo chce się wykąpać musi przejść się korytarzem. Troche to uciążliwe, ale ma to swój urok, zwłaszcza, jak się kąpie pod prysznicem, to przygrywa fajna muzyczka. Miałem wrażenie, że jestem w dżungli. Następnego dnia wyjechaliśmy i dotarliśmy do celu. Była nim gite (czyt. żit) w Dezize-les-Maranges w Burgundii. Teraz wyjaśniam, co to jest gite. Jest to dom, czy też mieszkanie do wynajęcia, ale tylko na tydzień. Są one zazwqyczaj w zapadłych wiochach, ale pobyt ma swoje nieco kosztowne, co prawda, ale jednak dobre strony. Wlasciciele to bardzo mili ludzie, gdziekolwiek nie byłem, zawsze tak było (w Alzacji są nawet naszymi przyjaciółmi), wszystkie potrzebne sprzęty gospodarskie są, czasami sa nawet ogródki, i to dość urocze, po prostu mają specjalny styl. Jeśli chodzi o zakwaterowanie to są bardzo świetne warunki, jest domek w którym w sumie przebywa sie rano i wieczorem, ogródek, w ktorym niektórych roślin nawet tata, ogrodnik miejski, nie mógł rozpoznać, w ogródku stół, krzesła, nawet grill. Jeśli o mnie chodzi to mi się bardzo podobało w naszej gite. Miałem swój pokój, codziennie do północy, jak wracaliśmy z wycieczek, grałem w ryzyko. Z bólem serca wyjeżdżaliśmy z niej. A teraz coś o Burgundii. Historycznie był to region dość niezalezny. Przez kilkaset lat było to osobne księstwo, władane przez Ducs de Bourgogne (Książąt Burgundii). Podczas wojny stuletniej byli w sojuszu z Anglikami przeciw Francuzom. Schwytali legendę Francji, Dziewicę Orleańską- Joannę d’Arc, którą sprzedali Anglikom, a ci, jak wiadomo, spalili ją na stosie. Jednak Francuzów nic nie mogło zatrzymać i Burgundia była zmuszona prosić ją o pokiój, w którym zrywali sojusz z Anglią. Pół wieku później, w 1482 r., król Francji, Ludwik XI wcielił Burgundię do Francji. W ten sposób Burgundia stała się nieoderwalnie jednym z jej regionów. Chyba historii starczy. Geograficznie, teren jest wyżynny, pofałdowany, bardzo przypominała mi Alzację. Głowne rzeki to loara i Saone, a miasta to: Dijon, który jest stolicą regionu (czyli odpowiednik naszego województwa), Nevers, Macon i Auxerre, w którym zdaje się gra w klubie AJ, Ireneusz Jeleń. Jeśli chodzi o nazwę, dziwi mnie też jej polskie tłumaczenie. W oryginale jest to Bourgogne, a u nas mówi się, że Burgundia. Czemu to jest, nie wiem, niestety mamy manię śćiągać wzorce od Amerykanów i Anglików- Burgundy. poprawne tłumaczenie to w sumie Burgonia, no ale….  Jeśli chodzi o specjalności kuchni to czerwone wina-burgundy, a także ślimaki, sery (najlepsze były z Citeaux), szynka Andouillette, kurczak z Bresse, itd. Myślę, że jeśli chodzi o opis regionu, to starczy.

Co nowego?

czerwiec 15, 2008 - autor: mlandek

Uff, jak się cieszę, wreszcie koniec roku szkolnego. W sumie wakacje zaczęły się przy wystawianiu ocen we wtorek, ale zawsze jednak… Odniosłem wielki sukces- 4,8!!!! Oznacza to “zakończenie klasy z wyróżnieniem”. Dla mnie jest to naprawdę wielki sukces, zważywszy na to, iż rok temu niesprawiedliwie miałem tylko 4,73. Teraz jednak dodatkowo upewnilem się i wszystko się zgadza.  Wkurza mnie jedno- zachowanie bardzo dobre. Pani wychowawczyni zrobiła konkurs popularności, przy czym do rozdaniabyło tylko 5 wzorowych. To jest świństwo!! Nie mó9wię już o tym, że przy okazji złamała dwa punkty regulaminu, ale w naszej szkole już dawno przestaje mnie dziwić. Swoją drogą, jak obejrzeliśmy próbne świadecywa zauwazyłem, iż nie wie, jaki mam drugi język. Na świadectwie jest hiszpański, a nie francuski. Zwłaszcza iz na polskim jak są nazwiska francuskie, zawsze ja jestem proszony o odczytanie ich. Zabawne i jednocześnie wkurzające. Jak dostanę świadectwo z hiszpańskim mogę nim tylko za przeproszeniem tyłek podetrzeć. Tyle o szkole.

Euro’08- wielki i szumny temat, strasznie nagłośniony. OPczywiście dostaliśmy się, co jest wielką zasługa trenera, ale z powodu kontrowersyjnego sędziego w sumie już odpadliśmy. Uratować może nas tylko zwycięstwo Austrii z Niemcami, co jest rzecza oczywiście niemozliwą. Różne cuda zdarzaja się w futbolu, ale nawet gospodarze nie mogą się mierzyć z Frycami. Ja i tak jestem kibicem “Les Blues”, czy też “Tricolores”. Wprawdzie to nie ten zespół, co dwa lata temu, ale “Allez les Blues!!!!” 

Sporo nowego

czerwiec 6, 2008 - autor: mlandek

W końcu udało mi się znaleźć czas, żeby cos napisać. W ostatnim czasie sporo nowego sie wydarzyło. Zaczne od nowego samochodu. Otóż nasz peugot 206 został zastąpiony przez Xarę Picasso marki Citoen (umiłowanie Francji do tego stopnia, że samochody tez są francuskie) Było jeszczę parę innych aut, które konkurowały z Xarą- m.in. Scenic, Nowe Kangoo, C4, Peugot Partner, Peugot 207. Zdaje sie, że to wszystko. Ostatecznie po kilku jazdach próbnych, rozmowach, oględzinach samochodu, wybrano własnie Ksarę. Jest to cudowny samochód, ma sporo miejsca do siedzenia i całkiem spory bagażnik( w końcu będzie można zabrac więcej win i Panawszków z Francji), a także regulowaną klimę. Podczas dalekich wojaży takowy sprzęt może okazać się bardzo przydatny.  Właśnie dzisiaj samochód został odebrany. Nie mogę doczekać się pierwszej przejażdżki!!!

Druga sprawa, szkoła. Zbliżający sie koniec roku zbliża się wielkimi krokami. Widać po wielu sprawdizanach w ostatnim czasie i po ocenach, a także upale, który co roku o tej porze skutecznie zniechęca do nauki- wszyscy marzą o lodach, itp. Zazdroszczę tym, co już w sumie znają swoje wszystkie oceny. Dla nich de facto rok szkolny się zakończył. Dla mnie “skończy się” we wtorek, kiedy ostatecznie powinienem poznać wszystkie oceny. Jestem bardzo blisko paska (4,75), jego osiągnięcie wydaje się coraz bardziej realne. Nie mogę się doczekać wtorku, kiedy w końcu będę mogł odetchnąć z ulgą.

Trzecia sprawa, to zaczynające sie jutro Euro’ 08. w mediach i w całym kraju trwa wielka debata na ten temat, zwłaszcza iz polska reprezentacja dostała sie po raz pierwszy do ich finałów. Wszyscy emocjonuja sie meczem Polska- Niemcy. Widać troche przesadzy- mecz porównuje sie do wojny, w szmatławcach typu “Fakt” pojawia się Leo z odciętymi głowami Ballacka, itp. Mam wrażenie, iż atmosfera jest nieco sztucznie podkręcana. Uważam, iż wydostanie się z gruupy będzie wystarczającym mistrzostwem dla naszych kopaczy,  którzy potrafią zadziwić (Polska-Portugalia 2:1). Znane przysłowie mówi- pozyjemy, zobaczymy. A więc, trzeba pożyć.